W jądro egoizmu


Jeszcze tydzień temu martwiłam się jak ta ruchliwa istota, którą jestem przetrwa ten domowy areszt. Mąż mówi o mnie, że trzeba mnie wyprowadzać przynajmniej trzy razy dziennie jak pieska i to bynajmniej nie tylko na spacery do lasu. Udany weekend mierzę ilością spotkań, koncertów lub wyjść do teatru czy kina, odwiedzonych knajp, spacerów. Trzydniowe przeziębienie jest początkiem depresyjnych stanów i naprzykrzaniem się najbliższym. Pandemia uderzyła w jądro egoizmu, także mojego.


Przyznaję, myślałam z żalem o odwołanym wyjeździe na Sycylię (planowanym na koniec marca), o przełożonym koncercie Taco Hemingawya, o odwołanym koncercie w Vertigo Jazz. Jeszcze o tym, że odrosty niezrobione, że przytyję na pewno (bo moja zumba, pilates) musiałam odwołać kilka szkoleń moich lub przeze mnie prowadzonych i wizytę u kosmetyczki, kilka zaplanowanych wizyt dobrych znajomych. Och jak smutno. I na poważnie martwiłam się, że teraz to już nie mam wytłumaczenia i generalne porządki w domu, w piwnicy, niestety mnie nie ominą. Trochę się uśmiechałam po cichutku na czas w trójkę , chmarą innych, obcych dzieciaków niezakłócany; czy możliwością czytania więcej niż książkę na miesiąc, bo takie kiepskie, są moje statystyki sprzed korona kryzysu.


A dziś… nie mam innego wyjścia, ale podwinęłam rękawy i walczę. Nie, to nie jest heroiczne, ani specjalnie przemyślane. Po prostu pewnego ranka po kolejnych informacjach o sytuacji we Włoszech, w Hiszpanii, gdy przeczytałam wpis dalekiej koleżanki, która tęskni za mężem, bo jest w szpitalu po operacji i nie może go odwiedzić. A potem Alicja Chybicka przypomniała mi o wszystkich dzieciach z Przylądka Nadziei, które mają chorobę nowotworową i tęsknią za mamą i tatą, a przecież, aby ich nie narażać nie wolno ich odwiedzać. O lekarzach i pielęgniarkach, którzy mają poranione od maseczek twarze, popuchnięte palce u rąk i nóg od gumowych rękawiczek, pomyślałam.


Wcale nie nawołuję, nie apeluję… tylko piszę o sobie. Niech każdy wybierze swoją indywidualną drogę zmagań z wirusem. Może dla kogoś będzie to tylko i aż dbanie o siebie i utrzymanie nerwicy w granicach normy (jak śpiewała Ewa Błaszczyk). Dla kogoś innego walka z własnymi demonami i opieka nad rodzicami będzie już szczytem waleczności. I rozumiem.


a wybieram pomaganie starszym, dopóki starczy mi zdrowia i odwagi. Obiecuję nie popadać w czarne chwilowe dziury i tak długo jak się da, nie wylewać tych moich żalów mniejszych i większych na innych członków rodziny. Wydawało mi się dotąd, że mój mąż ma nieograniczone zasoby w pocieszaniu i odganianiu czarnych chmur, ale myślę dziś, że nie będę sprawdzać czy są nieograniczone. Poskramiam zatem moje malkontenctwo, marudzenie i skłonność do użalania się nad sobą. Przyznaję także, że od kilku dni także walczę z moją hipochondrią, przez którą, odczuwam gorączkę, suchy kaszel, który męczy mnie co kilka dni… jakąś minutę. I wtedy wtłaczam sobie głośno i drukowanymi literami do głowy, że trzeba myśleć o tych, którym mogę pomóc. A moja głowa zawsze była pełna leków i niepokojów i teraz nie jest inaczej. Będę zatem te moje czarne myśli trochę ignorować i do hadesu podświadomości zapędzać. I starać się o każdą chwilę optymizmu w mojej rodzinie, o każdy uśmiech moich znajomych na fb (pokazując np. niekoniecznie udane bułeczki). Mam świadomość, że mam wpływ – jak i Wy, wpływ na zbiorową terapię, której potrzebujemy i mam wpływ na to, jak to przetrwamy. Wiem, że jeśli nie zadziałamy wszyscy, to źle to się skończy, bo… „innego końca świata nie będzie…”

Tekst ukazał się w Panoramie Wałbrzyskiej (Gazeta Wrocławska)

5 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Przeżyjemy!