Moja Babcia feministka


To nieprawda, że feministki są za aborcją i „pigułką po” zamiast antykoncepcji. Nieprawda , że nie lubią mężczyzn. Nieprawda, że mamy tłuste włosy i nosimy się po męsku. Jestem feministką i moja Babcia Michasia była nią również.


Nie nauczyłam się feminizmu, nie dojrzałam do niego, feminizm po prostu mam we krwi.


Babcia Michasia do znudzenie powtarzała, że mam się uczyć. Uczyć, aby być niezależną. „- Chłop to nie wszystko, będzie ich koło Ciebie na pęczki”, (wieszczyła, kiedy moje miłosne sprawy zamykały się z liściku zgiętym na cztery). – Musisz być niezależna, aby w razie czego sama sobie poradzić”.


Babcia urodziła się 1910 roku w siedmio osobowej drużynie dzieci, jako jedna z dwóch córek. Jedli z jednego garnka, babcia z siostrą i matką, zawsze dopiero po tym jak najedli się tata i bracia. Gdy jej ojciec umierał po przeżyciach na Syberii, ona sprzątała „u Państwa”. Do Wałbrzycha trafiła po wojnie, mieszkała w kamienicy, w której początkowo mieszkali sami Niemcy, bardzo dobrzy ludzie, jak ich wspominała. Jedna z sąsiadek pomagała przy dzieciach, inna, aptekarka – przynosiła leki dla dzieci. Dziadek odszedł szybko w wieku 39 lat. Babcia wychowała cztery córki, sama pracując w wałbrzyskiej kopalni. Tak zdarzało się, że popychała wózki w węglem. Nie znalazła mężczyzny na resztę życia, a mimo tego nie złorzeczyła na męski ród i dawała się namówić na rozmowy o przystojniakach.


Kibicowała moim sukcesom, pierwszej pracy w radiu, broniła moich krótkich spódniczek, milczała o ukradkiem palonych papierosach i muzyce puszczanej na maksa podczas nieobecności rodziców, czasem prosiła o Marka Grechutę. Mawiała, że trzeba mieć swoje zdanie i go bronić. Przekonywała kilka osób z rodziny, wychowanych na martyrologicznych propagandowych mitach, że Niemcy są w porządku, a bać to trzeba się Rosjan, których pamiętała z rodzinnej wsi jako barbarzyńców. Słuchała Radia Wolna Europa i nie bała się niczego oprócz głodu; a jej powiedzenie „-Poprawiłaś sie na buźce” – było sztandarowym komplementem.


W rodzinie była traktowana jak wyrocznia. Mój tata dbał o urodę przynoszonych po zakupach kalafiorów czy pomidorów, aby zasłużyć na Michasi (jego teściowej), pochwałę. Cała rodzina zna historie o jednym z wujków, który spędził noc na progu, przed mieszkaniem, na rozłożonej chusteczce do nosa, bo bał się, że Michasia zobaczy go w „w takim, po imprezowym stanie”.


Gimnastykowała się prawie co rano, nawet jako 80 latka, nie jadała mięsa, czytała książki od środka potem wracając do początku; (mówiła że początki są nudne, a od środka można się przekonać czy to coś warte) i pięknie śpiewała, najczęściej robiąc obiad.


Społeczną, ekonomiczną równość płci, o której mówi feminizm, Babcia Michasia realizowała na co dzień wychowując cztery mądre, samodzielne i odważne córki oraz kilkoro wnucząt. Nasza córka Lusia urodziła się dokładnie w dniu odejścia Babci Michasi, tylko trzy lata później i już wiemy, że też będzie feministką.

Tekst ukazał się w Panoramie Wałbrzyskiej (Gazeta Wrocławska)

2 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Przeżyjemy!